Gniezno, stolica cancel culture
O tym, jak dzięki średniowiecznym memom zostałem gimnazjalnym antyklerykałem
Stawiam kasztany przeciwko dolarom, że czytający tego bloga są za wolnością słowa. Słuchajcie zatem, będzie prywata, będzie trochę o skandalach.
Dawno, dawno temu istniało coś takiego jak Indeks 73, czyli inicjatywa, która zajmowała się m.in. przypadkami cenzury kultury w Polsce. Zainicjowany w 2006 roku, a faktycznie działający od 2008 roku Indeks przetrwał zaledwie pięć lat, do 2013 roku. Jak na ironię losu przystało, w ogóle nie załapał się na dokumentację cenzorskich aktów tzw. dobrej zmiany. Indeks 73 zebrał niemal setkę przykładów cenzur różnego kalibru – z którym to zbiorem możecie się zapoznać wyłącznie dzięki archiwalnej kopii portalu – ale wyłącznie z lat 1993-2011.
Ile aktów cenzury przyniosło ostatnie piętnastolecie, przeorane do imentu wojnami kulturowymi? Tego nie wie nikt, bo nikt tego nie liczył. To znaczy, liczono, ale na własną rękę – dla przykładu, w grudniu 2021 roku sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA zebrała 21 przykładów cenzury w Polsce z lat 2017-2021. Rok wcześniej, odnotowałem takich przykładów 30 (z lat 2014-2020) – na potrzeby wystąpienia z Ewą Majewską na konferencji zorganizowanej przez Spolek Skutek i Artyčok.TV. Raport AICA jest nadal dostępny na stronie stołecznego Teatru Studio – ale raczej znajdzie go tylko ten, kto wie, czego szukać. Raport, nad którym pracowałem nie został opublikowany, pośrednio z mojej winy. Mianowicie, trzeba było olać pandemijne obietnice publikacji i po prostu dokument wrzucić w otwartym dostępie. Gdziekolwiek.
To właśnie ten moment, w którym człowiek przeklina, że nie jest ekstrawertycznym atencjuszem, zdolnym zaspamować każdą przestrzeń świata sobą.
Czego nie ma, a co powinno być
Tak się nieszczęśliwie złożyło, że od 2013 roku nie ma zbiorowego opracowania aktów cenzury wymierzonej w kulturę i sztukę w Polsce: nie z braku przypadków. Nie ma opracowania, a co gorsza, nie ma też monitoringu tych spraw z braku sił, chęci i być może, również środków. Co jakiś czas próbowałem wiercić dziurę w brzuchu różnym osobom, aby Indeks reanimować. Osobom wcześniej związanym z inicjatywą, ale też dobrym organizatorkom, rzutkim akademiczkom, również przyjaciołom i wspólnikom w szukaniu mozolnych, nieopłacalnych finansowo wyzwań. Nikt nie powiedział „nie” – wszyscy raczej kiwali głowami i mówili „no, ktoś powinien to reanimować”, „poza tobą, ktoś o tym myśli”. To miły moment, w którym czujesz wspólnotę myślenia o jakiejś sprawie – ktoś o tym myśli, możesz zrzucić z siebie winę, że nie wziąłeś na siebie kolejnego obowiązku, kolejnej roboty za darmo dla społeczności. Ktoś to zrobi. Dla tak zwanego środowiska. I ta myśl wraca co jakiś czas, za każdym kolejnym głośniejszym przypadkiem: komuś nie pozwolono wystawić czegoś, komuś usunięto pracę z wystawy, ktoś oberwał prawnymi pogróżkami, że skończy się to w sądzie.
Nikt nie robi, bo nie ma komu. Ciężko nawet bić na jakikolwiek alarm, bo bez danych nie ma obrazu skali zjawiska. Nie ma szacunków, są przeczucia. Że było dużo, a będzie jeszcze więcej.
Wszyscy mają pełne ręce roboty – swojej płatnej roboty, aby mieć za co fikać w tej kulturze, a kolejne przypadki cenzury, również tej prewencyjnej, przypadki autocenzury (aby ktoś nie zdemolował galerii, nie zaczął grozić pobiciem autorów/osób pilnujących wystawę, dewastacją czy nasraniem na wycieraczkę) materializowały się w mediach jako kilkudniowy skandal. Po tych kilku dniach zazwyczaj niknęły, cytując klasyka, jak łzy w deszczu.
W październiku 2023 roku zmiana władzy na (nieco) mniej konserwatywną przyniosła sporo nadziei – również w kontekście wolności artystycznej, możliwej autonomii politycznej instytucji i ograniczenia cenzorskich zapędów na różnych szczeblach władzy. Że nadziei złudnej – nie muszę przekonywać. Jednak od kilkunastu miesięcy dzieje się coś niepokojącego, zarówno w skali, jak w zaciekłości. Sprawy dotyczą cenzur wielu rodzajów, ale i wywierania presji, aby cenzurę zastosowano, wyciągnięto konsekwencje, coś zamknięto, kogoś postraszono. Cytuję z pamięci:
Kwiecień 2024 – sprawa wystawy Pawła Jacha i Krystiana Trutha Czaplickiego w Galerii Mieszkanie Gepperta we Wrocławiu.
Czerwiec 2024 – obraz Ani Grzymały na Przeglądzie Sztuki Survival we Wrocławiu.
Styczeń 2025 – sprawa komiksu Gender Queer Mai Kobabe w księgarni Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
Luty 2025 – sprawa haftów na zagłówkach pociągów PKP Moniki Drożyńskiej.
Kwiecień 2025 – sprawa wystawy Wybielanie w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie.
Październik 2025 – Niebo Kielc Marka Cecuły w Kielcach i Gaja Maurycego Gomulickiego w Busku Zdroju.
Listopad 2025 – wyniki 47. Biennale Malarstwa Bielska Jesień.
Grudzień 2025 – Kasztanka z Marszałkiem Karola Radziszewskiego w MOCAK-u i oprawa graficzna do spektaklu Wszyscy jesteśmy Belén Dawida Załęskiego dla Teatru Jaracza w Olsztynie.
I wreszcie:
Luty 2026 – sprawa wystawy RE: Średniowiecze. 1000 lat 1000 wersji w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie.
To właśnie na najświeższa – bo sprzed kilku dni – sprawa zmusiła mnie swoim absurdem, abym coś o tym napisał. Bo znów rzecz przepadnie jak łza w deszczu.

O czym nie wolno robić memów w Gnieźnie
Gnieźnieńskie Muzeum Początków Państwa Polskiego możecie kojarzyć z wystawy sprzed kilku lat – otwarta w sierpniu 2022 roku Wielka Lechia – wielka ściema nazywana była przez jej organizatorów „wystawą interwencyjną”. Skracając historię do minimum: chodziło o to, że wraz z modą na neopogaństwo i pop-słowiańszczyznę z tiktoka ofensywa medialna starożytnego imperium lechickiego wielkości połowy globu stała się lokalnym fenomenem społecznym. Ciekawym i zarazem problematycznym – zwłaszcza, że polskie kompleksy okazały się żyłą złota nie tylko dla sprzedawców ezo-szmelcu i koszulek patriotycznych, ale także dla wydawnictw do tej pory uznawanych za popularnonaukowe, czy – jak Bellona – wręcz wyspecjalizowanych w temacie historii. Niezależnie od zdziwienia historyków, archeolożek i osób popularyzujących wiedzę o dawnych czasach, mainstreamowanie mitu wielkiej Lechii stało się faktem: jak jedzenie muchomorów i nieszczepienie dzieciaków w imię niezależnego osądu rzeczywistości. Właśnie dlatego wystawa, która miała na celu zdebunkować wyobrażenia o fantastycznej pra-słowiańszczyźnie stała się solą w oku małych i dużych Lechitów, oskarżających MPPP o uczestnictwo w antypolskim historycznym spisku. Normalna sprawa we współczesnym internecie.
Pod koniec stycznia w gnieźnieńskim muzeum otworzyło się RE: Średniowiecze. 1000 lat 1000 wersji. Na stronie MPPP zapowiada się ją jako „opowieść o średniowieczu bez stereotypów – jako epoce różnorodnej, dynamicznej i wciąż obecnej we współczesnej kulturze. Archeologia spotyka się tu z popkulturą, a przeszłość z teraźniejszością”. A zatem, wystawa o długim trwaniu średniowiecza we współczesności – popowa ekspozycja, na której nawet da się znaleźć jedną okładkę Closterkellera, jednego z nielicznych polskich zespołów gotyckich. Polska jednak ma wywalone na rodzimy żenujący gotyk – w sumie szkoda – umiarkowanie interesowała się gnieźnieńską wystawą. Do czasu. Dajcie wystawie dojrzeć miesiąc i wtedy napisze o niej niemal każde medium, i to z powodu memów. Jak za starych, dobrych czasów. Pozwólcie, że wyjaśnię, co mam na myśli.
Kto siedzi w internecie, ten wie, jak wielką popularnością cieszą się stare, często cudaczne obrazki w domenie publicznej, które ludzie chętnie przerabiają na swoje potrzeby. Mniej więcej tak, jak Classical Art Memes. Kto siedział w internecie jeszcze kilka lat temu, doskonale pamięta szał na zbiory dziwnych marginaliów i manuskryptów zgromadzone w ramach fanpage Discarding Images, czy równie popularne Sztuczne fiołki, które były, w dużym uogólnieniu, memami zrobionymi z historycznych obrazków. Obrazek i dymek, mniej lub bardziej zabawny. Ogromna popularność Sztucznych fiołków poskutkowała nawet kilkoma wystawami – w tym, w ramach plenerowego festiwalu ART.eria w Częstochowie, we wrześniu 2013 roku, gdzie doszło do „obywatelskiego aresztowania” kilku standów z wydrukami, które miały „urażać uczucia religijne” Częstochowian. Wydruki, które zniknęły z ulic miasta, znalazły się w lokalnej kurii.
Dwa lata później, w czerwcu 2015 roku rozpoczęło się preludium do historii z tęczową Matką Boską Częstochowską, czyli, jak wówczas któryś z komentujących wymyślił, Matką Boską Tęczochowską. Jeżeli pamiętacie Tęczową Madonnę Elżbiety Podleśnej, Anny Prus i Joanny Gzyry-Iskandy – obrazek Sztucznych Fiołków był oparty na tym samym schemacie. I również spowodował gwałtowną reakcję ówczesnego polskiego internetu. Obrazek poniósł się w świat, ale na profil Sztucznych fiołków przyszły też tysiące oburzonych wizerunkiem osób, żądających usunięcia obrazka. Czasy były nieco inne, być może mniej intensywnie grożono śmiercią, dlatego też twórca fanpage nie usunął Madonny, a w reakcji na zalew dziwnych komentarzy stworzył kolejną wersję formatki – gdzie zamiast kolorów tęczy pojawiają się odcienie szarości. Był to zgryźliwy komentarz do akceptowalnej palety barwnej w Polsce. Tęcza Polaków obraża. Śmiał się z tego lata temu również i Janek Koza. Albo Marek Raczkowski.
Gość od Sztucznych Fiołków nie wylądował jednak w sądzie za obrazę uczuć religijnych wizerunkiem Tęczochowskiej, ten zaszczyt przypadł dopiero Podleśnej, Prus i Gzyrze-Iskandrze kilka lat później. Ostatecznie, w 2022 roku prawomocnie ustalono – tęcza faktycznie nie obraża. Ale ile było z tym zachodu.
Wracając jednak do memów z Gniezna – do wystawy zaproszono historyczkę Zofię Załęską (prowadzącą profil instagramowy memdiewiska), która zrobiła kilka memów ze średniowiecznych obrazów. Wizerunek ubiczowanego Jezusa przed Piłatem stał się kanwą dla żartu o tym, co się dzieje, gdy próbujesz wykąpać kota (próbowałem, wiem), a wizerunek chrzestu w Jordanie – filipiką o tym, jak człowiek żałuje, gdy pójdzie na plażę nudystów i boi się odpakować z ręcznika (nie próbowałem, ale sobie wyobrażam). I tak dalej. Na dokumentacji wernisażu widać, że część tych wizerunków nadrukowano na blejtramy, część z nich ma naklejone na sobie serduszka WOŚP-u, ktoś je licytuje. Minął miesiąc.
Nie jest wykluczone, że gnieźnieńskie Muzeum miało pecha natrafić na potrójnie pechowe wiązanie – obrazki z Jezusami, drażliwość na temat „katolickiej tożsamości” przy okazji jubileuszu powstania państwa oraz absurdalną obsesję polskich konserwatystów na temat WOŚP-u. Być może ktoś poszedł ze szkolną wycieczką, może na niedzielny spacer z dzieckiem i zobaczył wydrukowany mem na ścianie muzeum. Mem trafił w sam środek uczucia religijnego. Niezależnie od tego, co faktycznie zaszło – poskutkowało to pomysłem na utrudnienie życia instytucji i jej władzom.
Jakim? Ano, sprytnym.
23 lutego (poniedziałek) Łukasz Grabowski, radny wielkopolskiego Sejmiku Wojewódzkiego z ramienia PiS zamieszcza na swoim oficjalnym facebooku post:
„Docierają do mnie jednoznaczne sygnały, że część prac wprost uderza w uczucia religijne katolików. […] Oczekuję jasnych wyjaśnień: kto zatwierdził wystawę, czy analizowano jej treści oraz jak zareagowano na głosy mieszkańców”.
Ilustruje je zdjęciem ekspozycji z memem o nudystach. Obiecuje nie pozostawić sprawy bez odpowiedzi.
W komentarzach pod postem pojawiają się całkiem realni ludzie, piszący o tym, że wystawa jest kpiną z chrześcijańskiej tożsamości, dlatego wystawę trzeba zamknąć, a odpowiedzialnych za nią pociągnąć do odpowiedzialności. Podobnie sprawa wygląda w relacji TV Gniezno, gdzie o wystawie mówi się jako o „sporze o granice sztuki”. Tu za ilustrację robi mem o kocie. Komentujący piszą kilkakrotnie, że nikt nie zrobiłby mema o Mahomecie, bo groziłoby to zamachem terrorystycznym. O sprawie pisze komplet mediów: PCH24, Radio Maryja, Nasz Dziennik, Fronda. Skandal, kpina, prowokacja, profanacja, kontrowersyjna, bulwersująca wystawa. Rzecz jasna, część komentarzy wyśmiewa tę nadgorliwość i gotowość do podpalenia świata.
W sprawie wystawy już 24 lutego (wtorek) pojawia się również oświadczenie kurii gnieźnieńskiej, gdzie czytamy:
„Dla osób wierzących przedstawione obrazy nie są jedynie elementem kulturowego przekazu, lecz stanowią wyraz najgłębszych prawd wiary oraz przestrzeń przeżycia duchowego. Wykorzystywanie ich w kontekście humorystycznym, opatrzonym komentarzami prezentowanymi na wystawie, budzi ból oraz poczucie braku należnego szacunku wśród wiernych”.
Pojawia się również dopisek
„Szanujemy wolność twórczości artystycznej oraz autonomię instytucji kultury”.
No, elegancko.
Wojciech Szymczak, związany z „Telewizją Republika” pisze na swoim twitterze „obrzydliwa wystawa ze świetokradczymi memami obrażająca uczucia katolików i wiarę”. Komentarze – jak to na twitterze, adekwatne do medium.
Z należytą powagą
Reakcja Muzeum jest szybka – instytucja we wtorek wczesnym popołudniem publikuje oświadczenie, a część memów zostaje zdjęta z wystawy. Pod postem z oświadczeniem ktoś przytomnie wyłącza komentarze, aby nie musieć wysłuchiwać, jak to w Polsce umęczona jest religia katolicka i jej wyznawcy. Część komentatorów jest niezadowolona, przyszli przecież z kompletem uczuć do wyrażenia w komentarzach. Serdecznych.
Jak 26 lutego (czwartek) opisuje sprawę „Wprost”:
„Swoje oburzenie wyraził też poseł PiS Zbigniew Dolata. Po odwiedzeniu wystawy zaapelował do marszałka województwa Marka Woźniaka, by zdymisjonował dyrektora Muzeum Początków Państwa Polskiego”.
Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego zapewnił, że sprawę wystawy traktuje „z należytą powagą” i władze MPPP zostaną wezwane do organizatora instytucji w sprawie tej wystawy:
„Zwrócimy się do dyrektora Muzeum o przedstawienie szczegółowych wyjaśnień dotyczących procesu przygotowania wystawy, jej założeń programowych oraz sposobu reagowania na pojawiające się głosy krytyczne. Po zapoznaniu się z tymi informacjami możliwe będzie podjęcie dalszych decyzji, zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa”.
Radny Grabowski w rozmowie z „Kanałem Zero” mówi o tym, że nie ma wątpliwości, że doszło do obrazy uczuć religijnych. Dodaje również:
„cieszę się, że dyrekcja nawet nie polemizowała, tylko od razu zdjęła wystawę”.
Pod jednym z oburzonych postów ktoś napisał z całą stanowczością
„Jedyna religia, z której można kpić bez konsekwencji to wiara katolicka”.
Nie mam wątpliwości, że cytowana przeze mnie osoba święcie w to wierzy.
***
I to jest ten moment, który reaktywuje mój gimnazjalny antyklerykalizm.
Bo rzecz wygląda następująco: Michał Bogacki, dyrektor instytucji, w dwa dni stał się wrogiem publicznym, którego stanowisko dyrektorskie jest zagrożone, ponieważ w 2026 roku żyjemy w świeckim państwie, w którym przecież – jak zapewniają komentatorzy – bez konsekwencji można kpić z wiary katolickiej, a największym problemem wydaje się islam, który rzekomo czyha w Polsce, aby wysadzać instytucje1.
Gnieźnieńska wystawa zostaje ocenzurowana z przymusu, ponieważ po postach prawicowych polityków błyskawicznie pojawiają się naciski na dyrekcję – nie chodzi jednak o Piss Christ Andresa Serrano, ani La Nona Ora Maurizia Cattelana, nawet nie są to okolice Pasji Doroty Nieznalskiej ani Adoracji Jacka Markiewicza. Mem o tym, że kot drapie, a na obrazku ubrany w białą szatę Jezus wygląda jak wstydliwy golas.
Urząd Marszałkowski zapewnia o „należytej powadze” wobec sprawy memów, na których nawet nie ma przeklętej, pedalskiej tęczy ani dorysowanego penisa, pentagramu ani skrzyżowanych parówek. Pisowski radny cieszy się, że pracownicy muzeum migusiem ściągają obrazki, bo kuria wyraża ból z powodu memów. Oczywiście, kuria szanuje autonomię instytucji, ponieważ zapewniła o tym w oświadczeniu, sugerującym miło, acz stanowczo, że natychmiast macie coś z tymi bolesnymi memami zrobić. Wroginią publiczną stała się również Zofia Załęska – twórczyni obrazków o kocie, plaży i kilku innych obrazków, które w przestrzeni internetu wzbudziłyby wzruszenie ramion jako obrazki dla pensjonarek. Są po prostu wyegzorcyzmowane z jakiejkolwiek kontrowersji. To, że wybucha o nie jakikolwiek skandal jest skandalem samym w sobie, o ironio czasów wojen kulturowych.
Nieistotne jest to, dlaczego te memy znalazły się na wystawie o średniowieczu i na ile są waniliową wersją memów, które faktycznie ludzie z wizerunkami kultowymi robią. Nikogo to nie obchodzi. Ponieważ, wbrew jednemu z nagłówków, to nie jest spór o granice sztuki. To nie jest spór nawet o świeckość państwa, autonomię instytucji, dobry gust, poczucie humoru czy empatię wobec publiczności. To jest właśnie cancel culture – w którym wystarczy tupnięcie butem wyznawcy dominującej religii i nawet się nie obejrzysz, a zdejmujesz obrazki, bo inaczej wylecisz ze stanowiska, a na deser oberwiesz pozwem o to, że drwisz ze Zbawiciela memem. Na deser po deserze otrzymasz komentarz, że jakbyś był w Londynie, Sztohkolmie, Berlinie to by ci łeb obcięli, głupi bezbożniku.
W dwa-trzy dni zostaje rozpętana niewspółmierna do czegokolwiek afera. Zupełnie jakby chodziło o coś naprawdę oburzającego, skandalicznego, profanującego, arcygodzącego w dogmaty wiary, osoby boskie oraz rozum i godność człowieka. Jakby chodziło o coś w stylu robienia laski figurze Wojtyły na deskach teatru – pamiętacie to jeszcze? To jedna ze scen Klątwy Olivera Frljića. To było skandalem prawie dekadę temu. Dzisiaj kopia kruszona jest o taki obrazek:
Widocznie to prawda, że kiedyś to były skandale, skoro w 2026 roku „z należytą powagą” Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego – województwa historycznie platformiarskiego, uśmiechnięto-libkowskiego, z przewodniczącą Sejmiku z Platformy Obywatelskiej – traktuje zgłoszenie o normickich, waniliowych memach.
Jest to coś, co przekroczyło moje wewnętrznie poczucie absurdu – coś, co leży w tym absurdzie zaraz obok legendarnego, trwającego 7 lat procesu o „zdziwionego Jezusa”, opublikowanego swego czasu w „NIE”. Mniej więcej o takich sytuacjach myślałem, pisząc krótki tekst a propos wyników Bielskiej Jesieni – o tym, jak „społeczna presja” w postaci komentarzy na mediach „społecznościowych” i kilku przykruchtowych radnych jest w stanie postawić instytucji ultimatum nie do odrzucenia. Dowolne ultimatum.
Dlaczego Doda i Unia Europejska prześladują polskich katolików
Pytanie brzmi – jak to jest możliwe, aby takie nic w postaci najbardziej ugrzecznionych memów dekady urosło do skandalu tygodnia? Czegoś, za co Bogacki może stracić stanowisko, a Załuskiej może jakiś katolicki płatek śniegu wytoczyć proces o niedający się ukoić ból uczucia religijnego? Dlaczego ta sprawa spęczniała niebezpiecznie szybko, niemal jak nieszczęsna „afera” o plastikowy krzyż w szkolnym kuble na śmieci? Otóż należy Wam się kontekst polityczno-prawny, z jakim na świat przyszły te niedopieczone i zarazem niebezpieczne skandale – otóż w styczniu pojawiła się tzw. dobra wiadomość. Na horyzoncie zamigotała nadzieja, że z artykułu 196 kodeksu karnego – a zatem, tego o uczuciach religijnych – zostanie wykreślona… kara więzienia.
Nie, nie chodzi przecież, aby likwidować ten zapis. Obecny minister sprawiedliwości, Waldemar Żurek, uspakaja zaniepokojonych
„Polska absolutnie nie rezygnuje z ochrony uczuć religijnych i obrażanie czy znieważanie wiary będzie nadal karane zgodnie z obowiązującym prawem”.
Sam minister określa się „mocnym zwolennikiem” ochrony uczuć religijnych, choć, oczywiście, jego słowami to „niezwykle delikatna kwestia, a granice są płynne”. To prawda, granice płynne jak lawa i kwestia delikatna jak słabizny konia.
Żurek zapewnia, że nowelizacja nie jest kwestią polityczną – co brzmi niemal jak przeprosiny w stronę wachlarza partii jeszcze bardziej na prawo. Pokornie przeprosi, pomimo tego, że wie, że i tak nazwą go hunwejbinem i komuchem. Winną ma być Dorota „Doda” Rabczewska i Unia Europejska, a dokładniej, wyrok, w którym Polska przegrała z Dodą, gdy ją skazała w 2012 roku na karę grzywny za słowa:
„Ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś tam napruty winem i palący jakieś zioła”.
Po 10 latach od skazania na karę grzywny, w 2022 roku Polska przegrywa z Dodą, a Europejski Trybunał Praw Człowieka mówi, że 2 lata więzienia za obrażenia uczuć religijnych to trochę przesada. Żurek cztery lata później, na samym początku 2026 roku wskazuje na Dodę i UE – wiecie, to one mówią, że to przesada, nie przejmujcie się, w naszej nowelizacji pozostawiamy przecież jeszcze karę grzywny albo prace społeczne za art. 196 kk.

Według sondażu dla „Rzeczypospolitej” co najmniej 60% respondowanych jest za zniesieniem kary więzienia za obrazę uczuć. Vox populi, vox dei, ale może bez przesady.
„Gazeta Prawna” pisze, że nowelizacja dla Polaków oznacza „więcej wolności słowa”. Na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości planowaną nowelizację reklamuje się jako „równowagę wolności słowa i ochrony uczuć religijnych”. Jakikolwiek entuzjazm studzi powołany przez Donalda Tuska Prokurator Krajowy Dariusz Korneluk dla którego nowelizacja jest głupim pomysłem, ponieważ może dojść do
„zaistnienia czynów wyjątkowych, w tym również o charakterze prowokacyjnym, mogących wywoływać silne wzburzenie u wyznawców danych kultów religijnych”.
Jak cytuje Korneluka „Rzeczypospolita”:
Odnotujmy rzecz uroczyście z okazji tej troski o wojnę hybrydową i inspirację wrogich państw: od początku 2026 roku, a zatem momentu ogłoszenia możliwości znowelizowania ustawy, portale współpracujące z Ordo Iuris rozkręcały małpi szał o uczucia religijne na temat:
plastikowego krzyża-części kostiumu halloweenowego
oraz
memów o tym, że koty nie chcą się dać wykąpać bez ofiar.
Gwarantuję Wam, że to tylko teaser do roku pełnego wrażeń.
Chyba jednak nie czyha, skoro, jak udowadniał swego czasu Piotr Bernatowicz, można było w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie wystawiać karykatury Mahometa o dowolnej treści.






Ciekawe! Fajnie napisane, subskrybuje
Dzięki za pochylenie się nad tą sprawą i zarysowanie szerokiego kontekstu 🖤